Loading

Gruzja poza szlakiem, czyli opowieść o Chewsuretii (część I)

Witamy na blogu CZAJKA TRAVEL

Zgrany zespół ludzi, dla których podróże to pasja i sposób na życie.

Gruzja poza szlakiem, czyli opowieść o Chewsuretii (część I)

Gruzja poza szlakiem, czyli opowieść o Chewsuretii (część I)

Z roku na rok Gruzja coraz bardziej rozkwita turystycznie: pojawiają się nowe drogi, hotele, restauracje. Powoli stroi się i obrasta w piórka, co niewątpliwie jest zjawiskiem nieuniknionym i pod wieloma względami pożytecznym: przede wszystkim ma to korzystny wpływ na gospodarkę i dobrobyt państwa oraz jego obywateli. Wielu spośród turystów odwiedzających Gruzję doceni komfortowe hotele, coraz wyższy standard obsługi, nowe formy rekreacji. Innych turystów może jednak nieco rozczarować widok tego legendarnego, dzikiego Kaukazu – okiełznanego przez beton i asfalt.
Na szczęście w Gruzji, przy całym pędzie ku rozwojowi, wciąż istnieją miejsca, gdzie dojechać można tylko z napędem na cztery koła lub – jeszcze ciekawiej – na cztery kopyta! Do jednej z takich bajkowych kaukaskich krain – Chewsuretii – wybrałam się z trójką polsko-gruzińskich znajomych którejś jesieni, na początku października. Od razu podkreślę, że jest to dość ryzykowny termin na wyprawę do tego regionu. Bardzo często o tej porze pojawiają się już obfite opady śniegu. Droga może stać się wówczas nie tylko niebezpieczna, ale czasem całkowicie nieprzejezdna. Istnieje więc ryzyko, że samochód utknie gdzieś w górach i trzeba będzie modlić się do św. Nino o jakiś helikopter ratunkowy. Pogoda okazała się jednak dla nas wyjątkowo przyjazna, dzięki czemu żaden gruziński ratownik nie opowiada na suprach anegdot o „lekkomyślnych turystach”  z nami w roli głównej. Dlatego w tym miejscu sugeruję i przestrzegam, aby do Chewsuretii wybierać się latem! Wtedy będziemy mniej narażeni na zmiany pogody, oszczędzimy sobie tym ewentualnych nieprzyjemnych wrażeń i zostanie miejsce już tylko na zachwyty…
Krajobraz Chewsuretii na początku naszej drogi okazał się dość nieśmiały i ukrył się za gęstą mgłą. Z pewnością była to typowa kokieteria Matki Natury, która zresztą spełniła swoją rolę, bo widok – jaki ukazał się, gdy mleczna zasłona już opadła – zachwycił nas proporcjonalnie do czasu oczekiwania. W kontraście do surowych i skalistych gór Swanetii – Chewsuretia faluje po sam horyzont morzem zieleni.  Zaokrąglone wierzchołki gór spływają stromo w dół, układając się w miękkie doliny. Po drodze tu i ówdzie rozsiane są obozy pasterzy, a wąska górska droga oplata zbocza długą serpentyną. Raz po raz musieliśmy zatrzymywać samochód i czekać, czekać, czekać… aż ogromne stada owiec rozstąpią się przed nami w akompaniamencie głośnego beczenia i poszczekiwania psów pasterskich. Na tle niekończącej się zieleni traw drzewa pyszniły się całą paletą ciepłych barw: od złota po ciemne tony czerwieni. Trzeba przyznać, że kapryśny Kaukaz podarował nam wspaniałą pogodę na takie widoki. Do tej pory była to chyba najpiękniejsza górska droga jakiej doświadczyłam (a nie tylko „widziałam”) w życiu…

C.D.N.

Gabriela Nowak

admin007

admin007

POZOSTAW KOMENTARZ