Loading

Tbilisoba, czyli gruzińskie dionizje

Witamy na blogu CZAJKA TRAVEL

Zgrany zespół ludzi, dla których podróże to pasja i sposób na życie.

Tbilisoba, czyli gruzińskie dionizje

Tbilisoba, czyli gruzińskie dionizje

Tak się złożyło, że do stolicy Gruzji trafiłam po raz pierwszy właśnie w październiku, w czasie obchodów Tbilisoby, tj. gruzińskiego święta wina. Z punktu widokowego roztaczała się mniej więcej taka panorama centrum: między budynkami znanymi z widokówek przepływały kolorowe tłumy, zewsząd dobiegały odgłosy muzyki i radosnych okrzyków, tak, że cała przestrzeń aż wibrowała od barw i dźwięków. Nie można było dłużej przypatrywać się z daleka, trzeba było podejść bliżej…
I tak znalazłam się w samym epicentrum „gruzińskich dionizji”. Tutaj do gamy wrażeń optycznych i słuchowych dołączyły również węchowe (zewsząd bezceremonialnie atakował  aromat kolendry i pieczonych mięs), a niedługo potem również smakowe (bo jak oprzeć się zapachowi gruzińskich potraw i urokowi ich gruzińskich sprzedawców?). Gdzieś nad uchem pobrzękiwał katarzyniarz (tak właśnie! katarzyniarz!), a gdzieś zza rogu wyskakiwał jeździec na rączym rumaku (tak właśnie! jeździec!).
Nie sposób było zobaczyć i doświadczyć wszystkiego, co miała do zaoferowania Tbilisoba, więc  kiedy zmysły przywykły już do natłoku wrażeń, można było zacząć wybierać z całego wachlarza atrakcji. Smakosze, kierowani węchem, z pewnością podążyliby  w stronę dymiących stoisk z jedzeniem, by rozpłynąć się w niezliczonych rozkoszach podbniebienia. Amatorzy rękodzieła oczarowani bogactwem kolorowych bazarów, pozwoliliby się zahipnotyzować gruzińskim przekupkom. Ja dałam się poprawdzić słuchowi.
Sceny dla zaspołów tanecznych zostały zaaranżowane na środkach ulic: jako niewielkie podwyższenia lub po prostu przestrzenie wydzielone barierkami. I tak, na lewo od skwierczących szaszłyków, nad głowami widzów, podskakiwali w swoich czerwonych kontuszach tancerze-wojownicy, a na prawo między kramami z błyskotkami, płynęły w tańcu dziewczęta-łabędzie w wiankach z winorośli… W ten sposób odkryłam jedną z wielu wspaniałych sprzeczności Gruzji: na winnym festynie, wprost na bruku, zagryzając chaczapuri, można podziwiać przedstawienia baletowe najwyższej próby. Ostatecznie biegałam od jednej sceny do drugiej, bo nie byłam w stanie ocenić, gdzie czekają mnie większe zachwyty.
Późnym wieczorem wraz ze znajomym szukaliśmy małej winiarni, takiej „po gruzińsku”. Pchnęliśmy drzwi do niepozornej półpiwniczki i zastaliśmy właściciela świętującego udane winobranie wraz ze swoją trzypokoleniową rodziną. Winiarnia była już zamknięta dla kupujących, ale – jak się okazało – otwarta dla gości z Polski. I tak, nieoczekiwaną suprą w kameralnym towarzystwie zakończyliśmy tbiliskie dionizje. Bardzo „po gruzińsku”.

 

Gabriela Nowak

admin007

admin007

POZOSTAW KOMENTARZ